Grupa Oto:     Bolesławiec Brzeg Dzierzoniów Głogów Góra Śl. Jawor Jelenia Góra Kamienna Góra Kłodzko Legnica Lubań Lubin Lwówek Milicz Nowogrodziec Nysa Oława Oleśnica Paczków Polkowice
Środa Śl. Strzelin Świdnica Trzebnica Wałbrzych WielkaWyspa Wołów Wrocław Powiat Wrocławski Ząbkowice Śl. Zgorzelec Ziębice Złotoryja Nieruchomości Ogłoszenia Dobre Miejsca Dolny Śląsk

Kąty Wrocławskie
Śmierć z wycieńczenia

     autor:
Share on Facebook   Share on Google+   Tweet about this on Twitter   Share on LinkedIn  
Danuta S. i jej brat Marek S. spędzali wakacje na Krecie. 21 lipca wraz z przewodnikiem i grupą udali się na autokarową wycieczkę do wąwozu Samaria, oddalonego od hotelu o 170 km. Jednak do wąwozu nie weszli. Sześć dni błąkali się po skalistych górach, przekonani, że odnajdą przewodnika i resztę grupy. Pomoc nadeszła dopiero wtedy, gdy oboje już nie żyli.

Dzień pierwszy - sobota

O godz. 9.30 Jacek M. przyjaciel Danuty odbiera telefon z informacją, że rodzeństwo wybiera się do wąwozu Samaria. Około godz. 10.00 31 turystów zostaje podwiezionych do miejscowości Omalos, w górnej części wąwozu. Autokar będzie na nich czekał w miejscowości Chora Sfakion. Gdy przejdą wąwóz, trafią do osady Agia Roumeli, gdzie promem zostaną przewiezieni do Chora Sfakion. I tak się dzieje. Z jednym wyjątkiem - zamiast 31 osób na prom wsiada 29.

Dlaczego? Co się stało z dwójką turystów? Kto zaniedbał swoje obowiązki?

Dla Piotra P., 21-letniego pilota była to druga wycieczka. Media podkreślają ten fakt, jakoby miał stać się usprawiedliwieniem karygodnych błędów kosztujących życie dwojga ludzi. Faktem jest, że pilot nie zakupił biletów dla uczestników wycieczki, którą prowadził. Jak zeznali świadkowie, każdy robił to indywidualnie. Pilot nie przeliczył także uczestników przed rozpoczęciem wyprawy, zrobił to w autokarze. Po dotarciu do Agia Roumeli i zauważeniu brakujących turystów, nie powiadomił policji, tylko wraz z pozostałymi turystami wrócił do hotelu. Nie uczynił tego również Jakub S., rezydent biura podróży Ecco Holiday, powiadomiony przez Piotra P. o zaginięciu rodzeństwa. Nie zrobił tego w dniu wycieczki ani nazajutrz. Dopiero 23 lipca po godz. 16.00 udał się na policję. To był już trzeci dzień, gdy Danuta i Marek S. błądzili po górach przy temperaturze ponad 40 stopni, mając ze sobą tylko 2 litry wody. To była przepisowa ilość jak na przejście 17 km w czasie od 4 do 6 godzin. Im musiała wystarczyć na sześć dni... Nie wystarczyła.

Najbardziej prawdopodobna wersja to ta, że pozostawieni na parkingu, pomylili trasy i zamiast do wąwozu Samaria, weszli do kanionu Tripiti. Jak twierdzi pan Bronisław, wspólnik Danuty, który pojechał na Kretę szukać zaginionych, wąwóz Samaria jest nieoznakowany i o taką pomyłkę nietrudno.

Danuta miała przy sobie telefon komórkowy, z którego w sobotę o 12.40 wysłała smsa do znajomego, Marka S. Pisała w nim: „Przewodnik poszedł sobie w cholerę i zostawił nas. Jak go dogonimy, to mu chyba tyłek skopię”. Z relacji świadka wynika, że była wściekła, ale nie przerażona.

Dzień drugi - niedziela

Kiedy pilot zorientował się, że na końcu trasy wąwozu, tj. w miejscowości Agia Roumeli nie ma Danuty i Marka (według relacji rezydenta), zawiadomił straż parku narodowego, która w sobotę wieczorem przeszukała główny trakt wąwozu. Poszukiwania powtórzono w niedzielę rano i wieczorem. Niestety, bez rezultatu, bo jak wiadomo - rodzeństwo w ogóle nie weszło do wąwozu Samaria.

W sobotę wieczorem i w niedzielę znajomi Danuty i Marka S. z hotelu pukali do pokoju, sprawdzając czy rodzeństwo wróciło. W nocy z niedzieli na poniedziałek pani Anna D., jedna z uczestników wycieczki odszukała i zawiadomiła Bronisława, wspólnika Danuty o zaginięciu rodzeństwa. Znajomi Danuty i Marka, zaniepokojeni ich brakiem w hotelu, zdenerwowani tym, że osoby odpowiedzialne z biura podróży niewiele czynią, chcieli późnym wieczorem w niedzielę sami zawiadomić policję. Powstrzymał ich jednak rezydent, informując, że już tego dokonał.

Dzień trzeci - poniedziałek

- W poniedziałek rano ok. 10.00 powiadomiłem panią konsul Karolinę Bykowską oraz pracownika konsulatu honorowego na Krecie panią Ewę Skandalis o zaginięciu przyjaciół - mówi Bronisław. - Wkrótce po tym zawiadomił ją również rezydent Jakub S. - Wielokrotnie kontaktowałem się z konsulatem i rezydentem pytając o wyniki akcji poszukiwawczej i nie uzyskując żadnej odpowiedzi poza tą, że trwają poszukiwania (które faktycznie zaczęły się dopiero we wtorek rano).

W międzyczasie Bronisław skontaktował się z operatorem sieci GSM Plus, by skorzystać z możliwości odszukania zaginionych przez operatora greckiej sieci telefonii komórkowej. Uzyskał pozytywną opinię w sprawie udostępnienia usługi „wiem gdzie jesteś” na wniosek policji za pośrednictwem służb dyplomatycznych. Przekazał pani konsul numer, ale prawdopodobnie nie uruchomiono żadnych działań.

Dzień czwarty - wtorek

We wtorek rano w wąwozie Samaria rozpoczęto poszukiwania zaginionych z użyciem samolotu, psów tropiących oraz łodzi ratunkowych na morzu Libijskim. W akcji wzięło udział 25 osób. W nocy z wtorku na środę Bronisław wraz z przyjaciółką Urszulą jadą na Kretę. Tam spotykają się z Jackiem, partnerem życiowym Danuty. Wiozą ze sobą ulotki o zaginięciu przyjaciół, które przy pomocy uczynnych Greków przetłumaczyli na grecki, rozwieszają je na miejscu. Do hotelu docierają ok. 5 rano. O przylocie wcześniej poinformowali rezydenta i służby konsularne.

Dzień piąty - środa

- O 9.00 spotkaliśmy się z rezydentem - relacjonuje Bronisław. - Próbowaliśmy ustalić przebieg zdarzeń na początku wycieczki, jaki jest system liczenia osób wchodzących i wychodzących z wąwozu.

Okazało się, że jest dziurawy - że można wejść i wrócić, a także można wrócić po zamknięciu wąwozu w sposób niezauważony.

Poza tym, przy starcie wycieczki, na parkingu widać drewniane poręcze z jednym prześwitem. Ten prześwit to wejście do wąwozu. Są tam strome stopnie, po których schodzi się do kasy i w głąb wąwozu. Tak, że grupa turystów podjeżdżająca do wąwozu, schodząc do kas błyskawicznie znika z horyzontu. Rezydent przyznał, że faktycznie można nie zauważyć wejścia do wąwozu.

Później policja w Chania potwierdziła, że system jest zły i nie daje gwarancji skutecznego przeliczania turystów.

- Braliśmy pod uwagę nawet wątek porwania (choć nie zdarzyło się nic podobnego wcześniej) czy napadu rabunkowego. Lecz miejsce zdarzenia - tak trudne warunki - raczej wykluczało tę możliwość. Liczyliśmy, że np. z powodu choroby Marka (cierpiał na epilepsję) zostali w wąwozie i wyszli nocą w jego górnej części. Tam też rozpoczęliśmy poszukiwania, chodząc od domu do domu i rozklejając ulotki.

Przyjaciele zaginionych skontaktowali się zarówno w Polsce jak i Grecji z jasnowidzami, organizując dla nich rzeczy osobiste rodzeństwa. Niestety, jasnowidze okazali się zwykłymi hochsztaplerami.

- W środę wieczorem po ponad godzinnej telefonicznej rozmowie z rezydentem analizując system biletowania i kontroli ilości turystów, nie mieliśmy już wątpliwości, że Danusia i Marek w ogóle nie weszli do wąwozu - mówi Bronisław.

W czwartek pojawiła się za to całkiem nowa informacja. Okazało się, że w niedzielę rano zarejestrowany został sygnał telefonu komórkowego zaginionych. Policja twierdziła, że jest tylko jedno miejsce, gdzie można zboczyć z trasy – około 2-3 kilometrów od jej końca.

- Jest to boczny, bardzo trudny wąwóz, z którego teoretycznie można byłoby opuścić właściwy wąwóz. Ale sam policjant, szef akcji ratowniczej przyznał, że nawet on nie dałby rady. Ponadto sygnał telefonu komórkowego, który został namierzony, miał charakter liniowy, a nie punktowy, jak sądziliśmy. Gdybyśmy o tym wiedzieli, to w środę wieczorem może byśmy przekonali policję, że przeszukują nie ten teren. Ale o liniowym charakterze sygnału zostaliśmy poinformowani dopiero w czwartek wieczorem. Bardzo ważne jest to, że poszukiwania powinny odbywać się wzdłuż linii sygnału, a linia ta przechodziła również w okolicach miejsca odnalezienia.

Dzień szósty i ostatni

W czwartek wieczorem na zboczu kanionu Tripiti, ok. 5 godzin marszu od wejścia do narodowego parku Samaria, na zaginionego Marka trafił grecki alpinista. Marek był wycieńczony, zdołał wypowiedzieć tylko nazwę wąwozu i miejscowości, w której mieszkali. Grek zostawił mu swój zapas wody i sucharka, i wyruszył na szczyt góry, aby telefonicznie poinformować władze o zaginionych. Żołnierze i ratownicy Greckiego Czerwonego Krzyża pojechali do Omalos i ok. 23.00 wyruszyli w góry. Po 4,5 godzinnym marszu dotarli do miejsca, w którym przebywał Marek.

- O 19.45 policja powiadomiła, że ma chłopaka - opowiada Bronisław. - Ale trzeba było jeszcze czasu, by do niego dotrzeć. Ok. 21.00 wyruszyliśmy z szefem akcji poszukiwawczej do Omalos. Ok. 4.30 ratownicy dotarli do Marka. Niestety, Marek już nie żył.

Danusię odnaleziono w bliskiej okolicy. Pod 3-4 metrową skarpą, zasłoniętą głazem. Prawdopodobnie zsunęła się ze zbocza góry. Sekcja wykazała, że kobieta miała złamane trzy żebra.

Helikopter przetransportował zwłoki zmarłych z gór Levka Ori do szpitala w Chanii, gdzie potwierdzono ich tożsamość. Policja w Chanii wszczęła śledztwo w celu ustalenia przyczyn śmierci rodzeństwa.

Kto zawinił?

Piotr P., pilot wycieczki zeznał na policji, że na ok. 4 kilometrze był przekonany, że wszyscy dotarli do Agia Nicolaos oraz pewny, że w komplecie ruszyli dalej. - Dlaczego skłamał? - pyta Bronisław. - Gdyby powiedział prawdę, nie stracono by czasu na błędne poszukiwania. - Ale ważniejsze od życia ludzi było dla niego ocalenie posady - dopowiada z goryczą. Dziwnie zachowywał się rezydent Jakub S. na kilkukrotne zapytanie, jak wyglądał początek wycieczki. Odpowiadał wymijająco, podając procedury, czyli że to pilot zakupuje bilety dla wszystkich, wprowadza ich do wąwozu, a po upewnieniu się, że wszyscy są, sam po pewnym czasie wchodzi do wąwozu.

Bronisław ma też żal do policji, która nie skorzystała z pomocy przyjaciół rodzeństwa, którzy dobrze znali Danutę i Marka. Policja nie zgodziła się również na poszukiwania zaginionych przy pomocy helikoptera „Super Puma”, tłumacząc się brakiem możliwości wylądowania w górach i poruszania się po nich nocą. Chociaż w piątek ok. południa ten sam helikopter dotarł na miejsce oraz wylądował. Tylko, że dotarł już po zwłoki.

Do odpowiedzialności za tragedię nie poczuwa się organizator wycieczki, Ecco Holiday. Nie poczuwa się jej pracownik, Piotr P., pilot. Nie poczuwa się Jakub S., rezydent. Ani polski konsulat w Grecji, którego rzecznik przekazał nieprawdziwe informacje, cytowane następnie przez większość mediów w Polsce. Wynikało z nich, że Danuta i Marek sami byli sobie winni przez lekkomyślność i nieodpowiedzialność - przez samowolne oddalenie się od grupy. „Dobre imię zmarłych zostało naruszone” - napisał Bronisław w mailu do rzecznika. W odpowiedzi rzecznik wyraził ubolewanie i nadzieję, że efekty prywatnego śledztwa przyjaciół zmarłych znajdą odzwierciedlenie w faktach.

Bronisław chce wyrazić podziękowanie dla trudu, jaki podjęli ratownicy. Żal po stracie przyjaciół jest ogromny. - Danusia była tak pełną życia osobą - wspomina. - Jak będą teraz żyli ich rodzice, którzy naraz stracili swoje jedyne dzieci? -martwi się.

Prokuratura Rejonowa we Wrocławiu z urzędu wszczęła postępowanie. Na wniosek Jacka i Bronisława zostało złożone w Prokuraturze Okręgowej zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez pracowników biura Ecco Holiday z Poznania. W poniedziałek odbyło się pierwsze przesłuchanie świadków.

- Doprowadzimy tę sprawę do końca - obiecuje Bronisław. - Chcemy do końca wyjaśnić okoliczności tej tragedii, by osoby winne poniosły zasłużoną karę.

W pogrzebie, który odbył się 9 sierpnia w Kątach Wrocławskich, rodzinnej miejscowości Danuty i Marka, uczestniczyło ponad tysiąc osób. Danusia miała 40 lat, jej brat było o 3 lata młodszy.


Magda Wieteska



o © 2007 - 2020 Otomedia sp. z o.o.
Redakcja  |   Reklama  |   Otomedia.pl

Twój afisz
na grupie Otomedia.pl
zadzwoń: 512 745 851
e-mail: reklama@otomedia.pl
Znajdź wydarzenie
na naszym afiszu
Twój afisz
na grupie Otomedia.pl
zadzwoń: 512 745 851
e-mail: reklama@otomedia.pl
 
Dzisiaj
Poniedziałek 6 kwietnia 2020
Imieniny
Ady, Celestyny, Ireneusza

tel. 660 725 808
tel. 512 745 851
reklama@otomedia.pl