Grupa Oto:     Bolesławiec Brzeg Dzierzoniów Głogów Góra Śl. Jawor Jelenia Góra Kamienna Góra Kłodzko Legnica Lubań Lubin Lwówek Milicz Nowogrodziec Nysa Oława Oleśnica Paczków Polkowice
Środa Śl. Strzelin Świdnica Trzebnica Wałbrzych WielkaWyspa Wołów Wrocław Powiat Wrocławski Ząbkowice Śl. Zgorzelec Ziębice Złotoryja Nieruchomości Ogłoszenia Dobre Miejsca Dolny Śląsk

Wrocław
Tajemnicę zabrali do grobu

     autor:
Share on Facebook   Share on Google+   Tweet about this on Twitter   Share on LinkedIn  
Do dziś nie wyjaśniono przyczyn katastrofy kolejowej między Psim Polem a Długołęką, w której zginęło jedenaście osób. Doszło do niej 9 lipca 1977 roku. Publikujemy listę ofiar.

Po godzinie siódmej rano międzynarodowy „pociąg przyjaźni” (numer 61302) relacji Praga - Warszawa - Moskwa wyruszył z wrocławskiego Dworca Głównego. Maszynista składu Hieronim Stelmach zabrał do lokomotywy syna Jacka. Miał to być prezent w jego 11 urodziny.

Pociąg ruszył z dworca i z prędkością prawie 100 kilometrów na godzinę bez problemów minął stację Wrocław – Psie Pole, podążając w kierunku Długołęki.

W tym samym czasie na stacji w Długołęce manewrowała samotnie lokomotywa spalinowa ST-43 (Gagarin). Dyżurny ruchu zorientował się, że spalinówka pędzi w kierunku składu pasażerskiego i lada chwila może dojść do zderzenia. Próbował skierować rozpędzającą się lokomotywę na inny tor, ale było już za późno. Minęła, bowiem rozjazd i zaczęła przyśpieszać do 80 km na godzinę. Tajemnicą pozostaje, dlaczego żaden z maszynistów nie zareagował na czerwony sygnał semafora, ani na znaki stój nadawane przez nastawniczą.

Na ucieczkę było za późno

Z naprzeciwka pędził skład międzynarodowy z sześcioma wagonami. Do zderzenia pociągów doszło na łuku torów tuż za wiaduktem przy ul. Bierutowskiej. Maszyniści z obu lokomotyw mieli zaledwie 6 sekund na ucieczkę. Na to było jednak za późno.

- Usłyszałem potężny huk i zobaczyłem tumany dymu. Widok był straszny. Z pogniecionych wagonów wyskakiwali ludzie. Paliły się też obie lokomotywy – relacjonował w 2008 roku Zbigniew Andrzejak, jeden z pracowników kolei, który brał udział w akcji ratunkowej.

W chwili katastrofy lokomotywa spalinowa ST-43 została wyrzucona na odległość ok. 40 metrów i eksplodowała na pobliskim polu. Doszczętnie zniszczona została także lokomotywa EU-07 „pociągu przyjaźni”. Zmiażdżony został wagon Warsu-u, a z torów wykoleiło się 5 wagonów.

Śmierć na miejscu poniosło 11 osób. Nieoficjalnie mówiło się wówczas, że ofiar było więcej.

- Ostatni wagon nie był wykolejony i stał jakieś 15 metrów od mojego domu. Teren natychmiast otoczyła milicja i esbecy, którzy nie pozwolili się nikomu zbliżyć. Wylądował helikopter i prawdopodobnie zabrał na pokład rannego radzieckiego notabla - opowiadał Jan Strankowski, mieszkający przy nasypie.

W trakcie akcji ratunkowej we wraku lokomotywy znaleziono zwłoki Hieronima Stelmacha i jego syna Jacka.

- Nie mieli szans na ucieczkę. Przy tak dużej prędkości maszynista nic nie mógł zrobić. Sekundę przed wypadkiem przytulił dziecko, chcąc osłonić go własnym ciałem. W takiej pozycji znaleźliśmy ich zwłoki - mówi Zbigniew Andrzejak.

Sabotaż, samobójstwo...

W katastrofie zginęła również matka z dwoma córkami z Długołęki.

Po tragedii utworzono specjalną komisję wypadkową, którą powołał ówczesny minister komunikacji Tadeusz Bejm. W świat rozeszła się informacja, że „pociąg przyjaźni” wykolejono specjalnie. Podejrzewano sabotaż.

- Esbecy chcieli dowiedzieć się, czy przypadkiem nikt celowo nie wykoleił składu. Czujnie obserwowali pogrzeb ofiar i nie ominęli stypy w domu rodzin z Długołęki - opowiada Zbigniew Pawliński, rolnik z Mirkowa.

Niestety nie udało się wyjaśnić, dlaczego lokomotywa spalinowa uciekła ze stacji w Długołęce. Pojawiła się hipoteza, że maszyniści chcieli popełnić samobójstwo. W trakcie przesłuchania ich rodziny kategorycznie temu zaprzeczyły.

Po żmudnym śledztwie uznano, że przyczyną katastrofy był samowolny wyjazd drużyny z lokomotywy spalinowej na szlak Długołęka - Wrocław Psie Pole po niewłaściwym torze.

Obecnie trudno jest również zweryfikować tezę czy z powodu zmęczenia maszyniści nie zrozumieli poleceń dyżurnego ruchu wydawanych przez megafon, który nakazywał im zatrzymać się po minięciu zwrotnicy. Z relacji świadków wynika, że słyszeli je zarówno przechodnie, jak i drogowcy remontujący pobliski tor. Maszyniści tajemnicę zabrali do grobu.


Jacek Bomersbach



o © 2007 - 2020 Otomedia sp. z o.o.
Redakcja  |   Reklama  |   Otomedia.pl

Twój afisz
na grupie Otomedia.pl
zadzwoń: 512 745 851
e-mail: reklama@otomedia.pl
Znajdź wydarzenie
na naszym afiszu
Twój afisz
na grupie Otomedia.pl
zadzwoń: 512 745 851
e-mail: reklama@otomedia.pl
 
Dzisiaj
Niedziela 12 lipca 2020
Imieniny
Brunona, Jana, Wery

tel. 660 725 808
tel. 512 745 851
reklama@otomedia.pl
Ogłoszenia nieruchomości